Arkadiusz Skrzypiński Team Sunrise / IZOBLOK Start Szczecin
Blog wiadomości

festiwalbiegowy.pl: Arkadiusz Skrzypiński: „Nie mam marzeń, ja mam cele”

Arkadiusz SkrzypińskiMistrz świata z 2010 roku, piąty zawodnik paraolimpiady w 2012 roku, dwukrotny zwycięzca maratonu w Bostonie, zwycięzca maratonu w Nowym Jorku i dwukrotny mistrz Polski a obecnie kandydat na radnego Szczecina opowiedział nam o swoim sportowym sezonie, programie wyborczym i planach na przyszłość. Tę bliską i tę dalszą, po igrzyskach w Rio.

Zakończył pan właśnie sezon startowy, ale zanim o nim porozmawiamy powspominajmy trochę. Który ze swoich sezonów uważa pan za najbardziej udany?

Na pewno ten w 2010 roku. Byłem wtedy zawodnikiem znikąd. Polakiem, który zdobył mistrzostwo świata. Nikt się tego nie spodziewał. Nie byłem wtedy brany pod uwagę w szansach medalowych, a jednak w sierpniu 2010, podczas mistrzostw rozegrałem wyścig swojego życia. Był chyba najlepszy pod względem taktycznym.

Jak wyglądały kolejne sezony po mistrzostwach?

W kolejnych latach miałem trochę inaczej ustawione priorytety. Wykonałem dużą pracę dla swoich zespołów. Nie musiałem już wtedy zabiegać o możliwość własnego startu na igrzyskach w Londynie, ale zależało mi na tym, żeby jak najwięcej zawodników z Polski pojechało na paraolimpiadę. Korzystałem z tęczowej koszulki mistrza, by wywalczyć dodatkowe miejsce dla Polaka. To się udało. Dzięki temu mógł się zakwalifikować Rafał Wilk i dobrze się stało, bo przecież były to dla niego fantastyczne igrzyska zakończone złotymi medalami. Ja w sezonie przedolimpijskim zostałem wicemistrzem świata. Natomiast olimpiady nie wspominam dobrze. Zająłem tam piąte miejsce i była to dla mnie porażka. Na szczęście to już historia.

Podsumowania zakończonego sezonu dają panu powody do zadowolenia?

Ten rok był dużo lepszy. Myślę, że idę do przodu. Są zwycięstwa, no i oczywiście jest brązowy medal mistrzostw świata, złote medale mistrzostw Polski. Trenuję teraz według innych zasad. Mój trener, Jacek Świat z ORMAsport wprowadził ciekawy program treningowy. Podoba mi się to, co robię, chociaż przyznaję, że początkowo realizowałem plan, nie będąc do niego przekonanym. Wierzyłem trenerowi, ale nie zawsze jego metodom. Jednak miałem mieć wysoką formę na wiosnę i rzeczywiście tak się stało. Potem były problemy techniczne ze sprzętem, ale fizycznie byłem bardzo dobrze przygotowany. Wróciła też radość ze ścigania. Myślę, że w przyszłym roku wykonam plan tego samego trenera i pójdziemy krok dalej.

No właśnie. Forma rośnie, a pan ogłosił właśnie chęć kandydowania na radnego. To niecałe 2 lata przed igrzyskami w Rio. Czy taka decyzja nie odbije się negatywnie na formie i wynikach?

Nie wiem, jaki będzie wynik wyborów i czy znajdę się wśród wybranych, ale jest to coś, co chciałbym robić w przyszłości. Zostałem zaproszony do grupy obecnego prezydenta miasta, więc bez wahania przyjąłem to zaproszenie. Zawsze starałem się pomagać innym i wybór na radnego pozwoliłby mi to kontynuować w bardziej oficjalnej formie.

Jestem w stanie połączyć taką pracę dla miasta i jego mieszkańców z treningami. Ja właściwie już teraz nie wyjeżdżam na zgrupowania kadry z wyjątkiem tego zimowego. Wszystko, co jest mi potrzebne do treningu mam na miejscu w Szczecinie. Mam tu odnowę biologiczną na światowym poziomie, tor kolarski i świetne drogi. Dzięki mojemu sponsorowi, mam nawet sprzęt do treningu wysokogórskiego nie ruszając się z domu.

W Szczecinie mamy też przykład praktyczny, że to jest do pogodzenia. Naszym radnym jest Marek Kolbowicz, wioślarz, wielokrotny mistrz świata, mistrz olimpijski z Pekinu. Pamiętam, że on również przygotowywał się do igrzysk i pełnił swoją funkcję. Dał radę to połączyć, więc myślę, że i mi się uda.

Nie boi się pan, że nowe obowiązki po prostu zabiorą panu czas na trening?

Jestem typem zawodnika, który nie lubi mieć za dużo spokoju. Miałem tego przykład przed Londynem. Poszedłem wtedy na długi urlop, siedziałem na zgrupowaniach. Byłem skoncentrowany tylko na sporcie i to nie zdało egzaminu. Ja lubię czuć presję, stres. Lubię nie mieć czasu. W tym sezonie robiłem swój trening rano, szedłem do pracy na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym, po pracy znowu trening i oczywiście czas dla mojego syna. Wieczorami padałem, ale to przyniosło rezultaty. Jestem zajęty wyłącznie rodziną, obowiązkami zawodowymi i sportem. Ucieszyłem się, że wreszcie skończyła mi się umowa z kablówką i mogłem oddać dekoder. Był bezużyteczny, w ogóle nie mam czasu na oglądanie telewizji. Odpoczywam w podróży na zawody. Wtedy mam czas na relaks, sen, dobrą książkę. Jestem pewien, że jeśli zostanę radnym, to wręcz może mieć to pozytywny wpływ na moje wyniki.

Co pan ma w swoim programie wyborczym dla osób niepełnosprawnych i sportowców?

Arkadiusz Skrzypiński

Startuję jako kandydat bezpartyjny i chciałbym kontynuować linię programową, która już jest. Szczecin i jego infrastruktura sportowa szybko się rozwijają. Staram się zachęcać do sportu, do aktywności i do życia. Wychowałem się w centrum miasta. Był taki czas, że marnowałem swoje życie i czas na stanie w bramie. Przypadkiem trafiłem do klubu sportowego dla niepełnosprawnych i odkryłem inne życie. Zaczęła się przygoda. Staram się pokazywać innym, że to jest możliwe i co najważniejsze, nigdy nie jest za późno. Trzeba tylko chcieć. Ja nie mam marzeń, a jedynie cele.

Często osoby, które patrzą z boku mówią „bo ty to masz szczęście, sponsorów i jest ci łatwiej”. Zaczynałem od zera, od tego stania w bramie. Na początku nie miałem nic, na wszystko musiałem sobie sam zapracować i dzięki temu wiem, że to jest możliwe. Chciałbym przekazać to innym. Zostałem obdarzony ogromnym zaufaniem otrzymując drugie miejsce na liście wyborczej. Jeśli zostanę radnym, na pewno nie zmarnuję okazji, by zachęcać do aktywności innych.

Sport osób niepełnosprawnych ciągle jeszcze jest tematem pobocznym. Czy będzie pan działał w obszarze jego popularyzacji?

Myślę, że w tym obszarze dużo udało się już zrobić. Gdy zaczynaliśmy uprawiać kolarstwo ręczne, temat był zupełnie nieistniejący. Potem zaczęły się pojawiać informacje w mediach lokalnych, a przed igrzyskami w Pekinie, materiały trafiały do mediów regularnie. Ważniejszym zadaniem było jednak stworzenie kadry Polski, która wtedy nie istniała. Pamiętam, że ze Zbyszkiem Wandachowiczem intensywnie myśleliśmy, co tu zrobić, żebyśmy mogli oficjalnie brać udział w mistrzostwach świata. Myślę, że to jest nasz największy wkład w popularyzację tej dyscypliny. W tej chwili bardzo dużo w temacie robi Rafał Wilk, założył fundację i myślę, że to też przyniesie efekty.

Rozmawiamy w okresie roztrenowania, ale lada moment rozpoczyna pan przygotowania do kolejnego sezonu. Jakie ma pan plany startowe?

Najważniejszym startem będą oczywiście mistrzostwa świata, które odbędą się w Szwajcarii, ale razem z moim teamem planujemy jakiś długi start. Szczegóły jeszcze nie są znane. Nie zdecydowaliśmy, czy to będzie coś takiego, jak 2 lata temu, gdy startowałem na dystansie ponad 500km w Norwegii, czy może tak, jak w Niemczech, gdzie pokonałem 320km. Na pewno jednak start długodystansowy jest brany pod uwagę.

Czy po igrzyskach w Rio planuje pan zakończenie kariery sportowej?

Na razie jestem na etapie przygotowań i nawet nie mam pewności, czy otrzymam kwalifikacje do Rio, ale przyjmując, że tak się stanie, jest bardzo prawdopodobne, że po olimpiadzie pożegnam się z kadrą Polski. Nie sądzę abym skończył ze sportem. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym nie jeździć na handbiku, ale będę to robił wyłącznie dla czystej przyjemności. Pewnie będę też startował w mniejszych imprezach z moim teamem. Może w końcu zakupię sobie wózek do tenisa i będę miał czas również i na tę dyscyplinę. Aktywność fizyczna musi być, przecież nie mogę dopuścić, żeby mi za bardzo brzuch urósł (śmiech). Poza tym jestem domatorem, a niektórzy twierdzą, że jestem leniem, bo uwielbiam nic nie robić (śmiech).

Leniem? Przy takiej liczbie codziennych treningów? Ile kilometrów dziennie pan przejeżdża?

Właściwie nie wiem. Nigdy tego nie sprawdzam. Trenuję na czas, nie na dystans. Zimą mniej więcej 4 godziny spędzam na handbiku i do tego dochodzi jeszcze siłownia. Latem jest mniejsza objętość treningów, ale za to większa intensywność. Zdradzę swój sekret i powiem, że nienawidzę trenować. Wiem, że muszę iść na trening, bo jak nie pójdę, to nie będzie formy, nie będzie dobrego wyniku. Trening to dla mnie zawsze obowiązek, ale jak już go zacznę, daję z siebie wszystko i ciężko zasuwam. W pozycji leżącej na handbiku właściwie nic nie widzę. Na zawodach przejeżdżam obok zabytków i różnych ciekawych miejsc, ale dowiaduję się o tym analizując trasę, bo sam nie mam okazji, żeby to zobaczyć. Nie trenuję też ze słuchawkami w uszach. Po prostu nie lubię tego. Pozostaje więc patrzenie w niebo. To się może znudzić (śmiech). Co innego po treningu. Wtedy czuję ogromną satysfakcję.

Dziękujemy za rozmowę

Rozmawiała Ilona Berezowska

źródło: festiwalbiegowy.pl

 
 

sport.pl "Arkadiusz Skrzypiński najlepszy w krajowych mistrzostwach"

Doświadczony specjalista Startu Szczecin od jazdy na handbike'u zdobył w MP dwa złote medale.

Skrzypiński potwierdził tym samym wysoką formę, w której znajduje się od paru tygodni. Przypomnijmy, że pod koniec sierpnia został brązowym medalistą MŚ w wyścigu ze startu wspólnego. Zawody odbyły się w USA.

Z kłopotami szczecinianin wrócił do domu, przepakował się i ruszył do Andrychowa. W piątek sięgnął po złoto w jeździe indywidualnej na czas (srebro dla Krystiana Giery, brąz dla Zbigniewa Wandachowicza - obaj również ze Startu Szczecin), w sobotę - srebro w tzw. wyścigu australijskim (złoto dla Giery, brąz Wandachowicza), a w niedzielę - kolejne złoto w wyścigu ze startu wspólnego (Giera był drugi). Dodajmy, że w MP nie wystartował Rafał Wilk - jego sprzęt nie dotarł na czas zza oceanu.

Rozmowa z Arkadiuszem Skrzypińskim o ostatnich sukcesach

Jakub Lisowski: Na zdjęciach widać, że lepszą lokatę w MŚ przegrałeś niewielką różnicą na mecie. Nie było szans 'mocniejszego depnięcia' na finiszu?

Arkadiusz Skrzypiński: Jak w rodeo ich 8 sekund trwa wieki, tak i u nas - podczas finiszu - jest to strasznie dużo czasu, w którym podejmujemy sporo decyzji. Czuję niedosyt, bo finisz pojechałem jak amator. Zbyt szybko byłem zadowolony z podium i nie wykończyłem tego jak należy.

Szczerze - to dla Ciebie bardzo duży sukces, sukces, niedosyt, porażka, bo liczyłeś na złoto?

- Sukces. 2010 złoto, 2011 srebro, 2012 w Londynie - piąty, przed rokiem - czwarty. Czułem w kościach, że jestem gotowy pod każdym względem na ten medal, ale pewnie podobnie myślało sporo zawodników. Medali dla wszystkich nie wystarczyło. A ja w tym roku miałem masę pecha.

Czemu nie pojechałeś czasówki?

- Limit zawodników nałożony przez UCI dla każdego państwa. Trener reprezentacji podjął decyzję, że ja odpocznę, więc musiałem ją uszanować. Gdyby trasa była bardziej kręta lub górzysta, pewnie bym pojechał ja. Niestety, w czasówce jestem nieprzewidywalny. Potrafię się rozbić na prostej drodze lub przyjechać na podium.

Czasówkę wygrał Rafał Wilk, ale już w wyścigu ze startu wspólnego poza podium. Niespodzianka, bo w ostatnich imprezach wydawał się być niepokonanym. Jak to przyjął, czym się tłumaczył?

- W jego imieniu nie mogę się wypowiadać. Możemy mieć różne zdania.

Kto stoi za ostatnimi sukcesami?

- Trener-fizjolog Jacek Świat, który wywrócił do góry nogami cały mój trening. Efekty już przyszły, liczę na więcej. Trener kadry Tomek Bartosik, który wszystko trzyma organizacyjnie, no i mi ufa. Wierzy, że choć często brakuje mnie na zgrupowaniach kadry, to potrafię się przygotować indywidualnie, nie ruszając się ze Szczecina. Fizjoterapeutki z Ekspert Zdrowia w Szczecinie - wiem, że są najlepsze, że potrafią wyeliminować zdrowotne problemy nim te jeszcze się pojawią. No i oczywiście producent mojego handbike. Miałem w związku z tym wiele wyjazdów do ich siedziby w Niemczech, ale wiem, że na tamten zespół ludzi mogę bezgranicznie liczyć. Ufam im w 100 procentach. Wielu teraz nie wymieniłem, przepraszam za to.

Kolejne zadania przed Tobą?

- Berlin Marathon, który chcę wreszcie wygrać. Ale już myślę o następnym sezonie, będzie bardzo ważny, jeśli chce się poważnie liczyć w walce o igrzyska Rio 2016.

Not. lis

źródło: sport.pl

naszesprawy.eu: Zmęczenie receptą na medal?

Handbiker Arkadiusz Skrzypiński ma w swoim dorobku złoto z Baie-Comeau (Kanada, 2010 r.) i srebro z Roskilde (Dania, 2011 r.).

Kolejny medal Mistrzostwach Świata UCI chce przywieźć z Greenville (USA, 28 sierpnia-1 września br.), skąd wyruszy prosto na Mistrzostwa Polski w Kolarstwie Szosowym Niepełnosprawnych EDF Tour 2014 (5-7 września). Szczecinianin opowiedział „Naszym Sprawom" nie tylko o intensywnych przygotowaniach do najważniejszego tegorocznego startu, ale też m.in. o ekstremalnych wyścigach, pracy na uczelni i sportowych planach.

Team Sopur

„NS":- Pod koniec lipca w Segovii (Hiszpania) rywalizował Pan o Parakolarski Puchar Świata UCI, zdobywając trzecie miejsce ze startu wspólnego na 60 km. To miał być ostatni sprawdzian przed Mistrzostwami Świata UCI w Greenville. Jednak 2 tygodnie później wziął Pan udział w 3. Manfred-Sauer-Stiftungs Cup i finiszował jako drugi. Co zadecydowało o zmianie planów?
Arkadiusz Skrzypiński: - Jeżdżę do Niemiec, co jakiś czas. Tam są zakłady, które produkują nasze handbike'i. Wyścig odbywa się w Manfred-Sauer-Stiftungs, czyli kilka kilometrów od siedziby Sunrise Medical. Zatem skoro tam byłem, to grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Zawody są zawsze lepszym treningiem. I tak musiałem tam przyjechać ze względu na ostatnie przygotowania mojego sprzętu do MŚ. Przy okazji odwiedziłem siedzibę firmy adViva, która zrobiła specjalnie dla mnie bardzo leciutkie i dopasowane do mojego ciała siedzenie/oparcie. Sprawdziłem sprzęt, a na starcie była blisko setka zawodników. Miałem z kim się ścigać i przy okazji miło spędzić czas. Same plusy.

- Skąd pomysł na testowanie nowego sprzętu przed ważną imprezą? Część zawodników nie chce ryzykować.
- Mój trener twierdzi, że to jest głupi pomysł. Uważa, że powinienem coś takiego zrobić na początku roku, a nie teraz. Jednak wierzę w to, co produkują specjalnie dla mnie. Przez ładnych parę lat, kiedy tylko coś przygotowali dla mnie, to bez względu na porę roku jechałem do fabryki w Niemczech. Zawsze wracałem z czymś lepszym. Szybko potrafię zaadaptować się do sprzętu i szybko wyciągnąć z niego plusy. Dowodem tego był właśnie start pod koniec lipca w Hiszpanii, gdzie raptem trzy razy siedziałem na nowym handbike'u, a udało się zdobyć trzecie miejsce w Pucharze Świata, co mnie bardzo cieszy.

- Co można powiedzieć o nowym handbike'u?
- Te sprzęty wyglądają niemal identycznie, ale diabeł tkwi w szczegółach. Różnice odczuwam podczas siedzenia, m.in. jest trochę inne oparcie. Nie wystarczyło przełożyć to, co miałem, trzeba było zrobić coś innego. Wszystko po to, żeby były inne kąty, inne nachylenia oraz inna sztywność. Jestem zadowolony z tego rozwiązania. Pierwszy raz miałem to pod sobą na starcie i pod górki wjeżdżałem dobrze, prędkości były dobre. Myślę, że wszystko od tej strony jest gotowe. Nie boję się eksperymentów. Wierzę w to, co dla mnie przygotowują. U mnie jest już coraz mniej do regulowania. Nie rosnę, nie kurczę się, moje podstawowe parametry są znane, więc kręcimy się dookoła detali. W Niemczech są ludzie, którzy nad tym siedzą i eksperymentują. Ja dostaję coś, co będzie najprawdopodobniej dobre i skuteczne. Przez te lata do tej pory to działało.

- Jak wygląda plan na ostatnie dni przed Mistrzostwami Świata UCI?
- Obecnie cała reprezentacja Polski przebywa w Zieleńcu. Jako jedyny zostałem w domu, przygotowuję się indywidualnie. W Szczecinie mam do dyspozycji wszystko, m.in. namiot tlenowy i tor kolarski. Kilka minut od granicy są bardzo dobrej jakości drogi, gdzie nie ma żadnego ruchu, nie ma żadnych aut. Mogę spokojnie trenować. Ostatnie dni przed mistrzostwami zapowiadają się jako bardzo, bardzo ciężkie. Trzeba będzie wstawać przed szóstą, żeby na stadionie lub gdzieś na drodze pojeździć półtorej godziny. Później powrót do domu i wyjście do pracy na Wydziale Informatyki Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie. A po pracy znowu to samo. Nie mam czasu na nic i to jest najmniej zabawne z tego wszystkiego. Taki sobie wybrałem los. Jednak gdybym nie chciał tego robić, to... nie robiłbym tego. Jeden dzień odpuszczenia tuż przed głównym startem powinien wystarczyć. Lata praktyki pokazały, że nie mogę być za bardzo wypoczęty, tylko muszę być bardzo mocno zmęczony. Chwila relaksu i wtedy jadę dobrze. Wylot do Stanów Zjednoczonych nastąpi najprawdopodobniej 24 sierpnia.

- Co chce Pan osiągnąć za oceanem?
- W ubiegłym roku na Mistrzostwach Świata UCI w Kanadzie zająłem czwarte miejsce. Teraz czuję się dużo lepiej, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Myślę, że jestem w stanie powalczyć o medal i jadę z takim zamiarem. Lubię taką presję. Mam przed sobą tylko jeden występ, bo nie wezmę udziału w czasówce. Jestem przygotowywany tylko na start wspólny. Zatem wiem, że 1 września o godzinie 10 czasu miejscowego (w Polsce będzie 16) mam być na starcie, później przez 66 km pokonywać górki i zdobyć medal. Na tę chwilę nie biorę pod uwagę innej ewentualności. Wiem, co chcę osiągnąć i myślę, że jestem w stanie to zrobić.

- Czy Rafał Wilk będzie najgroźniejszym rywalem?
- Liczę, że nie będziemy rywalami i że będziemy współpracować. Dzięki temu możemy przywieźć dwa medale dla Polski, co byłoby idealnym układem. Na ostatnich zawodach w Niemczech bardzo szybko odjechaliśmy rywalom, byliśmy sami. Liczę, że uda nam się taka współpraca i w Stanach to zaprocentuje. Wiadomo, że on ostatnio częściej wygrywa, jest lepiej dysponowany. Ja miewam przebłyski, ale wiem, że idę w dobrą stronę. Liczę, że tym razem jako reprezentacja Polski zrobimy to tak jak należy. Wszystko powinno być dla Polski. A kiedy nie ma startów w barwach narodowych, to rywalizujemy. Jeżeli potrafimy dogadać się, żeby wspólnie odjechać i zostawić resztę z tyłu, to wtedy jest coś fajnego. A jeżeli od początku do końca rywalizujemy między sobą, to wygrywa lepszy tego dnia. Wtedy nie ma koleżeństwa, wtedy jest czysty sport i rywalizacja. Uważam, że jako reprezentacja Polski musimy jeździć razem. To jest coś, czego nauczono mnie w Team Sopur. W moim zespole nie ma znaczenia, który z nas wygrywa, ważne, żeby nasze klubowe, czyli pomarańczowe, koszulki były z przodu. Tutaj już biało-czerwone, żeby poleciał Mazurek Dąbrowskiego i żebyśmy zrobili coś dla Polski.

- Na różnych zawodach można Pana dostrzec z flagą Szczecina. Co decyduje o takim przywiązaniu do rodzinnego miasta?
- Dla mnie to jest normalne. Ma też związek z tym, że trochę lat temu uważałem się za kibica krajowej piłki nożnej, co mi przeszło. Ale zawsze był ten patriotyzm lokalny. Stąd pochodzę, również moi rodzice urodzili się i wychowali w Szczecinie. Lubię mówić o rodzinnych stronach, nigdy nie wstydziłem się swojego miasta. Uważam, ze tutaj są bardzo duże możliwości dla ludzi. Martwi mnie tylko to, że część osób tego nie widzi lub nie chce widzieć. Albo, co typowe w Polsce, jesteśmy specjalistami w narzekaniu. A ja zawsze wolę mówić inaczej. Jeśli dużo ludzi narzeka, to robię dokładnie na odwrót.

- Jak taka postawa jest odbierana za granicą?
- Myślę, że chyba zrobiłem Szczecinowi całkiem niezłą promocję. Wiadomo, że pierwszy taki poważny wyścig handbike'ów z zawodnikami zagranicznymi, oprócz Krakowa, był u Rafała Wilka w Rzeszowie. Jednak kiedy ja zaczynałem, to byłem jedynym Polakiem, który jechał w świat. W sezonach 2005-6 ścigałem się już nie tylko w Polsce. Zainwestowałem pieniądze uzyskane od sponsorów i postawiłem na wyścigi zagraniczne. Wtedy ludzie nie zdawali sobie sprawy, że w Polsce ktoś jeździ na handbike'u, chociaż jeździli. Nie wiedzieli, gdzie i co to jest Szczecin. Teraz odwiedzają mnie goście z zagranicy, którzy są pod wielkim wrażeniem warunków, jakie tutaj mamy. Zarówno bazy hotelowej, jak miejsc do treningu. Polacy lubią patrzeć w kierunku Szwajcarii, Francji, Włoch, a nam co najwyżej zima sprawia kłopot, bo nie możemy pojeździć na zewnątrz. Całą bazę mamy fantastyczną. Wszystko jest dla nas dostępne i przystosowane. Miasto nam pomaga, więc możemy i powinniśmy zrobić coś dla niego.

- Jest Pan też Ambasadorem Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie.
- Na uczelni jestem chyba od 1996 r. i czuję się bardzo związany z tym miejscem. Dla mnie Wydział Informatyki jest prawie jak dom. Mogę liczyć na pełne wsparcie WI ZUT. Moi przełożeni wiedzą, co robię i że robię to nie tylko dla siebie, ale też dla Szczecina, a przy okazji również dla uczelni. Do tej pory nie miałem żadnych problemów z uzyskiwaniem bezpłatnych urlopów, na których jestem praktycznie od marca. Urlopy, urlopami, ale oczywiście trzeba posiadać finanse na życie. Potrzebni są więc sponsorzy, aby nie zastanawiać się jak przeżyć, tylko normalnie funkcjonować i robić to, co do mnie należy, zarówno w sporcie, jak i w pracy. Część obowiązków zawodowych jestem w stanie zrobić zdalnie. Moja praca związana jest z siecią, więc równie dobrze mogę być teraz w Stanach. Muszę mieć tylko dostęp do komputera oraz Internetu.

- W sezonach 2013-2014 wziął Pan udział w wyścigach długodystansowych. To była chęć pokonania kolejnych barier?
- Zaczęło się od nieudanych dla mnie Igrzysk w Londynie, gdzie byłem dopiero piąty. Wtedy postanowiłem sobie, że muszę zrobić coś innego. Pomysłem był ubiegłoroczny start w Norwegii. Impreza Styrkeprøven to 542 km z Trondheim do Oslo. Niestety już po dwustu km pozostałem sam na trasie, do tego panowały fatalne warunki: lało i było zimno. Ujechałem ponad 300 km i w końcu jako ostatni musiałem zejść z trasy. Organizm odmówił posłuszeństwa, ale uważam to za przygodę życia. Kiedy mój szef z Team Sopur wpadł na pomysł, żebyśmy w tym roku też „coś pojechali", to wybór padł na imprezę Mecklenburger Seen Runde w Niemczech. Blisko od Szczecina, godzina i jestem na miejscu. Te 300 km było prawie jak zabawa, czułem się świetnie. Żartowaliśmy, bo start był wcześnie rano, a ja wiedziałem, że nie mam czasu na całą noc jazdy. Wieczorem był finał Ligi Mistrzów. Kibicowałem Atletico Madryt, więc wiedziałem, że na mecz muszę być z powrotem (śmiech). Jechaliśmy, nie powiem, że towarzysko, ale żeby to przejechać i poznać trasę. Mamy już pomysły na następne lata. Pewnie w przyszłym roku coś takiego długiego, ekstremalnego pojedziemy.

- Co sprawia, że myśli Pan o kolejnych takich startach?
- Fajne jest to, że można zmęczyć się porządnie. Jeżeli jest dobry handbike, to nie ma żadnych bóli czy ucisków. Są właśnie specjalne siedzenia, takie jak w firmie adViva, żeby nic nie uwierało. Nie zauważyłem jeszcze żadnych negatywnych skutków dla organizmu. To nie jest tak, że ja później przez tydzień nie poruszam się, bo jestem martwy (śmiech). Dzień odpoczynku i wracam do normalnych treningów. Widzę same plusy. Jeżeli jedzie się godzinami, to ma się czas, żeby zastanowić się nad życiem. Różne pomysły wtedy przychodzą do głowy. Co prawda nie ma czasu ich zanotować, ale to jest coś fajnego.

- Jak wyglądały Pana przygotowania do wyścigów długodystansowych?
- Te dwie imprezy pojechałem praktycznie na... żywioł. Przygotowywałem się z niemieckimi przyjaciółmi. Oni tłumaczyli mi, na czym to polega. Ja i tak zrobiłem po swojemu, ponieważ nie miałem specjalnych, wielogodzinnych treningów czy nocnych jazd. Są zawodnicy, którzy nie mieszczą się w kadrach narodowych, więc nie występują na mistrzostwach świata czy w Pucharze Świata. Oni uczestniczą w takich imprezach o długości 150-200 km. Trzymają stałą moc, żeby w jednym rytmie przejeżdżać zawody. Ja trenuję pod klasyczne starty, muszę mieć dużą zmienność rytmu w znacznie krótszym czasie. Bardzo luźno podszedłem do tych dwóch imprez. Najważniejsze dla mnie było to, żebym nie zapomniał, którego dnia mam być na starcie (śmiech). Myślę, że zrobię to po raz kolejny. Jednak nie zamierzam spędzać wielu godzin czy nocy na jeździe oraz treningu. Wiem, że jest możliwe wsiąść na handbike i przejechać taki dystans naprawdę szybko.

- Jak sport zmienił Pana życie?
- 20 lat spędziłem w Szczecinie i jako współpracownik Radia Szczecin trafiłem do klubu Start Szczecin. Poznałem innych sportowców, zobaczyłem różne sekcje. Zacząłem od strzelectwa, a po kilku miesiącach postawiłem na wózki sportowe i wszystko uległo zmianie. Zobaczyłem, że można normlanie żyć. Nie tylko, żeby teraz dawać przykład innym. Myślę, że jestem w stanie osiągnąć wszystko to, co sobie wymyślę. Na wszystko potrzeba tylko czasu i ciężkiej, własnej pracy. Nikomu nic nie zostanie dane za siedzenie w domu. Trzeba wyjść i dążyć do celu. Wiadomo, że jednemu wychodzi to lepiej, innemu gorzej, ale wiele rzeczy można wytrenować. To naprawdę nie musi być wielki, nieprawdopodobny talent, bo ja nie wiem, czy mam talent. Może posiadam predyspozycje do tej dyscypliny. A sport zmienił wszystko, to jest przygoda życia. Prowadzę najnormalniejsze w świecie życie i myślę, że część osób może mi tego zazdrościć, chociaż to jest złe słowo. Wiem, że kiedyś moja przygoda ze sportem skończy się, ale również dzisiaj mogę rozbić się na treningu. Wtedy pozostanie praca, jeśli jeszcze będę w stanie poruszać się i funkcjonować.

- Co chce Pan jeszcze osiągnąć w parakolarstwie?
- Pod kątem sportowym brakuje mi tylko medalu paraolimpijskiego. Chcę zakwalifikować się na Igrzyska Paraolimpijskie w Rio w 2016 r. Liczę, że tam pojadę i że nie będzie to wycieczka, tylko poważne podejście i przywiozę do Polski medal. Lubię rywalizację, kiedyś miałem do wyboru albo startować gdzieś w Polsce i wygrać, albo pojechać na Zachód, żeby dostać po tyłku, przegrać, nie wiem na którym miejscu być, ale nauczyć m.in. techniki oraz taktyki. Moim zdaniem te wyjazdy zagraniczne najlepiej zaprocentowały, bo przecież ludzie z Team Sopur właśnie mnie dostrzegli. Zobaczyli jak do tego podchodzę i zaprosili mnie do swojego grona. Dzięki temu mam dostęp do wszystkiego co najlepsze i co najnowsze. Nie muszę podglądać, co mają inni. To inni podglądają, co ja mam. W tę stronę to poszło.
- Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę realizacji wszystkich zamierzeń.

Rozmawiał Marcin Gazda

źródło: naszesprawy.eu

 
 

Polskie gwiazdy sportu polecają MonaVie

Arkadiusz Skrzypiński jest para-olimpijskim mistrzem świata z roku 2010, do grona sportowców MonaVie dołączył dwa lata temu. W kwietniu 2014 wziął udział w warszawskim ORLEN Warsaw Marathon, na którym zajął pierwsze miejsce w kategorii handbike. Jest człowiekiem ogromnie zdeterminowanym, o silnym charakterze i dobrym sercu. Specjalnie dla MonaVie Polska opowiada o swoich treningach, osiągnięciach i diecie.

MonaVie Polska: Arkadiuszu, na wstępie serdecznie gratulujemy Ci zwycięstwa w tegorocznym Orlen Warsaw Marathon! Czy ta rywalizacja i to zwycięstwo było trudne?

Dziękuję bardzo. Oczywiście, było bardzo ciężko. Poziom handbike poszedł w Polsce bardzo do przodu. Jeszcze musimy trochę poczekać, aby na linii startu było nas 200, jak to czasem ma miejsce np. we Francji, czy w Niemczech, ale poziom jest szalenie wysoki. Na dowód można sprawdzić światowy ranking UCI, gdzie w pierwszej 10 jest nas aż trzech. Wracając do Warszawy to na finiszu udało mi się wygrać z Rafałem Wilkiem, aktualnym Mistrzem Świata, złotym medalistą para-olimpijskim.

MonaVie Polska: Jak długo trwają twoje przygotowania do zawodów? Czy w utrzymaniu kondycji pomaga Ci jakaś specjalna dieta?

Moje „przygotowania” trwają już 19 lat. Codzienny ciężki trening, wyczyn, dużo poświęceń. W okolicy najważniejszych startów oczywiście odpowiedniej diety pilnuję. Jednak codziennie trzeba się pilnować, nadwyżka tłuszczu jest zbędnym balastem.

MonaVie Polska: Czy suplementy diety MonaVie wspomagają twój organizm podczas treningów i sportowych rozgrywek?

Oczywiście. Z MonaVie nie rozstaję się już od dwóch lat. Balance poprawia mi jakość wypoczynku podczas snu, napój funkcjonalny zapewnia witaminy i glukozaminę. Emv pobudza przed wyścigami. A RVL sprawdza się jako posiłek przy najtrudniejszych zadaniach jak np. moja zeszłoroczna próba wytrzymałości w Norwegii na trasie Trondheim - Oslo, czy coś co czeka mnie jeszcze w tym roku: 300 km niemieckiego Mecklenburger Seen Runde.

MonaVie Polska: Start w zawodach to nie tylko ogromny wysiłek fizyczny, ale także ogromna presja, w jaki sposób radzisz sobie ze stresem?

Lata doświadczeń, oczywiście ciągle się uczę i ciągle popełniam błędy, ale presję lubię. Bardzo często stres działa na mnie pozytywnie. To świetna forma dopingu. Lubię musieć.

MonaVie Polska: Arku, gdybyś miał powiedzieć, który z Twoich dotychczasowych wyścigów był najtrudniejszy? Czy na swoim koncie masz start, z którym wiążesz szczególnie dużo wspomnień i pozytywnych emocji?

Najtrudniejsze to wspomniane przed chwilą norweskie Styrkeproven. 17 godzin prawdziwej katorgi w deszczu przy maksymalnie 12 stopniach ciepła. Ale cały wyjazd był fantastyczny i wiem, że tam wrócę. Najmilej wspominam oczywiście rok 2010 - Kanadę, gdzie zdobyłem Mistrzostwo Świata.

MonaVie Polska: Zdradzisz nam swoje plany na najbliższy czas? W ilu sportowych rozgrywkach planujesz wziąć udział? Kiedy możemy się spodziewać twoich kolejnych zmagań i kolejnych zwycięstw?

Wiosna, lato, jesień to starty prawie tydzień w tydzień. Czasem coś w Polsce, ale głównie to udziały w Pucharach Europy i Świata z docelową imprezą roku, czyli Mistrzostwami Świata, które odbędą się w jednym z południowych stanów USA.

Arkadiuszu, bardzo dziękujemy Ci za wywiad i życzymy dalszych sukcesów!

Dowiedz się więcej o sportowcach MonaVie w Polsce i na świecie na stronie monavie.pl.

sportowcy MonaVie

źródło: youblisher.com

 
 

Sponsorzy

IZO-BLOK

Sunrise Medical

Ekspert Zdrowia

ORMA SPORT

Diagnostix

Rudy Project

Gregorio

Rudy Project

Partnerzy

Szczecin

WI ZUT

Start Szczecin

HYPOXICO Altitude training systems

Ministerstwo Sportu i Turystyki

Achilles International

Wyniki 2015
dataimprezamiejscedystansczas
28.09.2015 42. Berlin Marathon (GER) 4. 42 km 01:02:38
12.09.2015 Para-kolarski Puchar Świata UCI, Start Wspólny (Pietermaritzburg, RPA) 5. 55,4 km 01:35:09
11.09.2015 Para-kolarski Puchar Świata UCI, Jazda Indywidualna na Czas (Pietermaritzburg, RPA) 7. 16 km 00:27:46
06.09.2015 Para-kolarskie Mistrzostwa Polski, Start Wspólny (Wieprz, POL) 2. 53 km 01:35:46
04.09.2015 Para-kolarskie Mistrzostwa Polski, Jazda Indywidualna na Czas (Rzyki, POL) 2. 5,2 km 00:08:31
30.08.2015 1. Montecatone Paracycling UCI, Jazda Indywidualna na Czas (Imola, ITA) 3. 14,7 km 00:25:03
29.08.2015 1. Montecatone Paracycling UCI, Start Wspólny (Imola, ITA) 1. 44 km 01:28:53
02.08.2015 Para-kolarskie Mistrzostwa Świata UCI, Start Wspólny (Nottwil, SUI) 5. 46,5 km 01:39:08
31.07.2015 Para-kolarskie Mistrzostwa Świata UCI, Jazda Indywidualna na Czas (Nottwil, SUI) 4. 15.5 km 00:30:37.45
25.07.2015 Para-kolarski Puchar Świata UCI, Start Wspólny (Elzach, GER) 7. 46 km 01:18:47
24.07.2015 Para-kolarski Puchar Świata UCI, Jazda Indywidualna na Czas (Elzach, GER) 5. 9 km 00:17:44,5
12.07.2015 Para-kolarski Puchar Europy UCI, Jazda Indywidualna na Czas (Vrátna, Słowacja) 1. 9 km 00:20:01
11.07.2015 Para-kolarski Puchar Europy UCI, Start Wspólny (Vrátna, Słowacja) 1. 36 km 01:10:46
05.07.2015 13. Heidelberg MaxiMarathon (GER) 2. 44 km 01:02:51
27.06.2015 EHC Louny, Kryterium (CZE) 4. 1h + 1 okrążenie 01:05:49
27.06.2015 EHC Louny, Jazda Indywidualna na Czas (CZE) 2. 15 km 00:23:54
15.06.2015 UCI Parakolarski Puchar Świata, Start wspólny (Yverdon-les-Bains, SUI) 8. 43,6 km 01:36:05
06.06.2015 UCI Parakolarski Puchar Świata, Start wspólny (Maniago, ITA) 5. 63,9 km 01:42:59
05.06.2015 UCI Parakolarski Puchar Świata, Jazda Indywidualna na Czas (Maniago, ITA) 16. 12,5 km 00:22:09
31.05.2015 Para-cycling Weekend Utrecht, Start wspólny (NED) 2. 55,3 km 01:26:43
30.05.2015 Para-cycling Weekend Utrecht, Jazda Indywidualna na Czas (NED) 5. 23,7 km 00:37:03
25.05.2015 Cologne Classic, Kryterium (Kolonia, GER) 2. 41,8 km 01:04:22
23.05.2015 Cologne Classic, Jazda Indywidualna na Czas (Kolonia, GER) 6. 20 km 00:32:06
09.05.2015 Mannheim Marathon (GER) 2. 26,2 km 00:41:20
02.05.2015 Memoriál Karla Raise 2015 Počerady – Louny (CZE) 4. 14 km 00:21:06
26.04.2015 3. Orlen Warsaw Marathon (Warszawa, POL) 2. 20,5 km 00:32:30
19.04.2015 14. Cracovia Maraton (Kraków, POL) 2. 21 km 00:39:06
04.04.2015 EHC Rosenau (FRA) 5. 44 km 01:09:04
15.02.2015 6. Vuelta Playa Blanca (Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie, ESP) 9. wyścig integracyjny jazda drużynowa
14.02.2015 1. Salinas Race (Lanzarote, Wyspy Kanaryjskie, ESP) 7. 00:11:25 Jazda Indywidualna na Czas